niedziela, 3 czerwca 2012

#83 Saga - recenzja

Tytuł: Saga
Wydawnictwo: Telbit
Seria: Kroniki Awatarów (tom 2)
Rok wydania: 2012
Stron: 350
Moja ocena: 5/10










Conor Kostick w pierwszej części trylogii "Kroniki Awatarów" wysyła nas w komputerowy, wirtualny świat, w którym każdy może być kim chce - znamy to chociażby z gier MMORPG. Jednak Epic nie był zabawą, a miejscem, gdzie ważyły się losy jednostek. Eryk, wraz z przyjaciółmi, pokonał niesprawiedliwy system i sprawił, że ludzie mogli żyć normalnie. Chociaż zakończenie wydawało się nie zostawiać miejsca na niedomówienia, amerykański pisarz ponownie wraca na Nową Ziemię, lecz tym razem nie bezpośrednio.

Zjawa należy do grupki anarchistów - dzieciaków spędzających całe dnie jeżdżąc na deskolotkach. Nie zgadzają się oni na podział społeczeństwa ze względu na kolor posiadanej karty. Zakazy i obostrzenia nic dla nich nie znaczą, a dewastowanie centrów handlowych przeznaczonych dla ludzi o wyższym statusie jest chlebem powszednim. Tak naprawdę jednak są niegroźni, bo w końcu to dzieci. Poza uprzykrzaniem życia władzom w głowie im zabawa, imprezy i używki. Jednakże jedynie do czasu... W ich świecie pojawia się nagle Cindella - awatar Erika z Epica - piratka, której kule i lasery nie robią żadnej krzywdy. Zjawa wraz z przyjaciółmi, wykorzystując okazje dążą do chaosu i, może, obalenia despotycznej władzy Czarnej Królowej.

Świat znany nam z "Epica" łączy z "Sagą" bunt młodych ludzi, którzy są na końcu łańcucha pokarmowego i nie godzą się z podziałem społeczeństwa na lepszych i gorszych. Zjawa, podobnie jak Erik chce zmienić ustrój, wyrwać się spod jarzma królowej. Twarz głównego wroga jest inna, mroczniejsza i bardziej tajemnicza. Ale i poznajemy ją lepiej, gdyż wiele rozdziałów zostało napisane z punktu widzenia Czarnej Królowej. Dzięki temu dowiadujemy się, czym jest Saga i co stało się z Ziemią, oraz o pobudkach kierujących jej działaniami. Ustrój zmienił się z kastokracji w monarchię z pozorami demokracji w postaci gildii. W przeciwieństwie do "Epica" tutaj ludzie mają większy wpływ na swoją egzystencję, ale zależny od swojej pozycji społecznej, a koniec końców i tak niewielki.

Brak tutaj klimatu znanego nam z poprzedniej części, jednakże tam Epic był grą i wszyscy o tym wiedzieli. Była to więc, poniekąd, zabawa, a śmierć postaci nie oznaczała końca życia człowieka i wszystko można było zacząć od nowa. W Sadze umiera się naprawdę, a nikt, oprócz królowej, nie zdaje sobie sprawy, że ten świat jest sztuczny. Każde zagrożenie więc jest realne, a ta śmiertelna powaga odbiera nieco książce. Autor nie wykorzystał w pełni potencjału jaki dawał mu świat, w którym nikt nie kwestionowałby zupełnie pokręconych praw fizyki. Jedynym odstępstwem jest możliwość jazdy na deskolotkach, które odpychają się od materii.

Widoczna jest tutaj przewidywalność fabuły, a także jej powtarzalność względem "Epica". Mamy grupkę przyjaciół, która nie godzi się na jawnie niesprawiedliwy system władzy, więc buntuje i zyskuje poparcie społeczeństwa. Pomaga im ktoś, kto był bliski rządzącym, ale teraz chce zemsty. Brzmi znajomo? Dla mnie nawet za bardzo. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, chociaż bez wypieków na twarzy. Miejmy nadzieję, że trzeci tom trylogii będzie zbudowany na innym schemacie, a wtedy jego lektura przyniesie więcej wrażeń.

Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję.
Link do recenzji w serwisie: Powtórka z rozrywki

piątek, 1 czerwca 2012

#82 Cykl przybysze z kosmosu. Inwazja - zapowiedź


Tytuł: Przybysze z ciemności. Inwazja
Autor: Michaił Achmanow
Seria: Przybysze z ciemności (Tom 1)
Wydawnictwo: Almaz
Stron: 250

Data wydania: 2012-06-14 

Bliżej...
U kresu Układu Słonecznego, za Obłokiem Oorta, zaczyna się mrok Galaktyki. Ludzkość przygotowuje się właśnie do sforsowania ostatniej granicy, zamierzając wyruszyć ku odległym gwiazdom. Zanim do tego dojdzie, w Układzie Słonecznym pojawi się armada obcej, wrogiej nam rasy. Ziemia na szczęście nie jest bezbronna. Dochodzi do starcia kosmicznych flot, ale to dopiero początek wojny na nieznaną ludzkości skalę…
Cykl „Przybysze z ciemności”, porównywany niejednokrotnie do najlepszych dokonań gatunku, w tym do znanej i u nas trylogii Siergieja Sniegowa „Ludzie jak bogowie”, ma wszystkie atrybuty znakomitej space-opery i bije na głowę wiele dokonań zachodniej science fiction.
Na kartach dziesięciu tomów tego cyklu czytelnik może prześledzić kolejny tysiąc lat ludzkiej historii, znajdzie opisane z rozmachem bitwy kosmiczne, polityczne intrygi godne Bizancjum, kontakty z obcymi rasami, samotnego bohatera stawiającego czoło licznym niebezpieczeństwom, tajemnice wymagające rozwikłania, dylematy moralne, a nawet rozterki miłosne i seks.

Jedna z najlepszych space-oper zza naszej wschodniej granicy.
Czy ktoś również czeka z niecierpliwością na tę powieść? Jako pożeracz sci-fi jestem zaintrygowana i nie mogę się doczekać premiery. 

środa, 30 maja 2012

#81 Epic - recenzja

Tytuł: Epic
Autor: Conor Kostick
Wydawnictwo: Telbit
Seria: Kroniki Awatarów (tom 1)
Rok wydania: 2011
Stron: 400

Moja ocena: 7,5/10









W ostatni trend książek związanych ściśle z grami komputerowymi („Erebus”, „Hyperversum”) idealnie wpisuje się debiutancka powieść Conora Kosticka, „Epic”. Autor zresztą ma doświadczenie z grami fabularnymi, gdyż ponoć jest twórcą pierwszego LARPa (Live Action RPG). Opis z tyłu książki niesamowicie trafił w mój gust, dlatego książka szybko zakwalifikowała się do rubryczki „must read”. Wiedzcie, że się nie rozczarowałam, a o tym poniżej. 

Akcja dzieje się na „Nowej Ziemi” – która nie ma wyraźnych zmian w stosunku do naszej planety – oprócz zmniejszenia populacji (do 5 milionów), innej geografii oraz, co najważniejsze, przemiany społecznej. Ludzkość znana ze swoich autodestrukcyjnych zapędów, zrobiła to, czego się obawiamy – zniszczyła Ziemię wojną nuklearną. Ci, którzy przeżyli, postanowili pozbyć się brutalności, rozwiązując wszystkie kwestie sporne nie przez konfrontacje, a w grze – Epicu. 

Graczom Epic przypominał będzie MMORPG World of Warcraft, w którym zakłada się swoją postać – awatara, rozmawia z NPC, zabija potworki i walczy na arenie. Jednakże, gdyby każdy kogo znamy spędzał większość część dnia przebywając w „alternatywnym świecie” zabawa straciłaby cały urok. Szczególnie, gdyby pojedynki toczyły się o każdą drobnostkę, a śmierć oznaczałaby stratę ekwipunku – wirtualnie i w rzeczywistości – i konieczność rozpoczynania od nowa. 

Eric wraz z przyjaciółmi wykazuje się pomyślunkiem, sprytem i kreatywnością. Chociaż wątpię, że nikt wcześniej nie wpadłby na pomysł utworzenia awatara o przeciwnej płci. Jednakże jego odmienne podejście sprawdza się doskonale. Banda Cindelli, bo tak ma na imię postać Erica w Epicu, rośnie w siłę i zdolna jest zagrozić rządzącym kastokratom. Władza jednak nie lubi, gdy ktoś się jej przeciwstawia i zagrożenie śmiercią ze strony grającego niezbyt fair Kata, przekształca się także w realne niebezpieczeństwo.

Początkowo obawiałam się, że „Epic” będzie książką naiwną, przeznaczoną bardziej dla dzieci i młodzieży niż dojrzalszych czytelników, jednakże myliłam się. Chociaż autor popełnił parę błędów i uprościł niektóre rzeczy, mamy tu do czynienia z poważnym podejściem do poważnego problemu. Kostick pokazując nam społeczeństwo bez konfliktów, jednocześnie odkrywa prawdziwą naturę ludzkiej duszy, u której podstaw leży walka – czy to o jedzenie, czy o kobietę, czy o życie. Scenariusz, o którym pomyśleli przywódcy ocalałej ludzkości zupełnie się nie sprawdził, szczególnie, że powstał ze złych pobudek, z nieodpowiednimi ludźmi przy władzy. Podział na bogatszych – żyjących w mieście, mogących trenować swoje awatary w grze, i biedniejszych, którzy muszą pracować i nie mają czasu na Epica, przez co zostają w tyle, przywodzi na myśl książkę Suzanne Collins „Igrzyska Śmierci”. W obu mamy świat po apokalipsie, podział społeczeństwa i walkę o lepsze jutro.

„Epic” to godne rozpoczęcie trylogii „Kroniki Awatarów”. Chociaż docelowym czytelnikiem jest młodzież, także starsi powinni się dobrze przy niej bawić. Conor Kostick posługuje się językiem prostym, bez udziwnień, a jednocześnie idealnie oddaje klimat gry komputerowej, w którą sama chętnie bym zagrała. Polecam wejść w ten świat i samemu się przekonać. Doceńcie, że postęp w dowolnej grze, w którą gracie nie przekłada się na nasze prawdziwe życie.

piątek, 25 maja 2012

#80 Błędne słowo na dziś

Kociołapczyć
                           ~żyć na kocią łapę (żyć w wolnym związku, bez ślubu)



Jestem świeżo po kursie Kultura Języka na Politechnice Wrocławskiej, który prowadzi doc. dr Helena Kajetanowicz. Zapisałam się na niego jako jeden z dwóch obowiązkowych kursów humanistycznych i jestem bardzo zadowolona. Jeśli kiedykolwiek mielibyście możliwość posłuchać pani Kajetanowicz, skorzystajcie z okazji, a nie pożałujecie. Szczególnie my, blogerzy książkowi, ludzie oczytani, którzy (podobno) sprawnie operują językiem mówionym i pisanym, i którym przyda przyda się parę wskazówek jak się nie wysławiać. Na pewno są wśród nas nie tylko humaniści, ale i ścisłowcy tacy jak ja, a wiedza o podstawowych zasadach poprawnej polszczyzny potrzebna jest nam wszystkim bez wyjątków. 

Rozpoczynam ten cykl i jeśli Wam się spodoba, będę go kontynuować. Dzisiejszy wyraz nie jest zbyt rozpowszechniony, ale za to zabawny. Dajcie się zaskoczyć tym, jak wielu niepoprawnych słów używamy na co dzień :)

niedziela, 13 maja 2012

#79 Otagowana

A już myślałam, że się uda nie załapać tego wirusa, ale cóż... Otagowała mnie Edyta :) Chyba wszyscy wiedzą jakie są zasady, więc przejdę od razu do moich krótkich odpowiedzi.

1. Pierwsza przeczytana przez Ciebie w życiu książka.  Dlaczego zapadła Ci w pamięć?  
Pierwszej nie pamiętam. Ale za to jedną z pierwszych były "Baśnie" Andersena, a szczególnie "Królowa śniegu". Trochę straszne i traumatyczne dla dziecka, którym byłam :P

2. Ile osób udało Ci się zarazić pasją blogowania?

Cóż, żadnej :P Ale też nie próbowałam jakoś szczególnie. Blogowanie to mój sposób na oderwanie się od rzeczywistości i stworzenie wersji siebie w sieci, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć.

3. Czy zniszczyłaś/łeś jakąś książkę celowo? Jak to było?
Nie, nie zniszczyłabym książki.

4. Podaj tytuł książki, którą wszyscy zachwalali i twierdzili, że jest świetna, a Ty mimo najszczerszych chęci nie mogłaś/łeś się  w niej tego dopatrzeć. 
Na pewno była jakaś taka, ale nie kojarzę w tym momencie. Większość pewnie miała tak ze "Zmierzchem", ale ja go czytałam zanim stał się pożywką dla nastolatek i jeszcze wtedy nawet mi się podobał. Niechęć przyszła z czasem.

5. Ile pieniędzy w skali miesiąca wydajesz na książki?

Staram się nie wydawać pieniędzy na książki, bo otaczają mnie już monstrualne stosy. Ale to nie zmienia faktu, że one po prostu same do mnie przychodzą :P Średnio jednak wydaję około 30 zł, na książki jako prezenty, czy potrzebne na studia.

6. Najgorsza i najlepsza przeczytana przez Ciebie książka.
Najgorsza... Mam złe wspomnienia z "Tym obcym" i "Śmiercią na śniegu" Konrada Staszewskiego.
A najlepsza? Było ich sporo, ale tak klasycznie: "Harry Potter" i "Władca Pierścieni". Zawsze.

7. Gdybyś nie mogła/mógł czytać to co byś robił/ła?
Grała w gry komputerowe. Gram i tak, ale wtedy pewnie o wiele więcej.

8. Co daje Ci czytanie książek? Czy masz z tego jakieś korzyści?
Satysfakcję, dobrze spędzony czas.

9. Jaki dobry wg Ciebie film ostatnio oglądałaś/łeś?
"Battleship: bitwa o Ziemię". Dla fanów akcji i nieskomplikowanych historii idealny.

10. Czy dopadło Cię kiedyś tzw. przesilenie książkowe?
Dopada co jakiś czas... Ale zawsze udaje mi się go przetrwać i sięgnąć po następną książkę.

11. Gatunku jakich książek nie lubisz, a mimo to je czytasz?
Czytam tylko te co lubię, po co się zmuszać do czegokolwiek?
  
Nie mam weny na wymyślanie 11-stu pytań, więc na mnie ta odnoga łańcuszka się kończy. Oby długo trwało zanim przyjdzie kolejny :P

piątek, 11 maja 2012

#78 Arytmia - recenzja

Tytuł: Arytmia
Autor: Anne Holt, Evan Holt
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 480

Moja ocena: 6/10










Anne Holt to norweska pisarka znana głównie z serii kryminałów z Hanne Wilhelmsen w roli głównej. Jak poradziła sobie we współpracy z własnym bratem, tym razem przy thrillerze medycznym?

Cykl o śledczej z Oslo, Hanne Wilhelmsen, na fali popularności skandynawskich kryminałów przyniósł autorce sławę. Tym razem jednak, w "Arytmii", mamy do czynienia z innym gatunkiem literatury. Wgląd potrzebny do napisania powieści autorka zawdzięcza swojemu bratu, Evenowi Holtowi, który jest lekarzem i konsultantem na oddziale kardiochirurgii. Połączenie umiejętności pisarskich Anne i doświadczenia Evena zaowocowało żywą akcją i wiarygodną, acz niepokojącą fabułą.

Dr Sara Zuckerman to utalentowana kardiochirurg szpitala w Bærum, w Norwegii. Zajmuje się wszczepianiem pacjentom z wadami serca urządzeń ICD, które w wypadku zaburzeń pracy przywracają mu właściwy rytm. Wraz ze swoim kolegą, doktorem Olą Farmenem odkrywają, że ktoś manipulował urządzeniami w ten sposób, że pozorują one normalną pracę, a faktycznie zamiast ratować – odbierają życie. Kto i dlaczego miałby chcieć śmierci tych ludzi? Intryga jednak wykracza poza jednostki, przenosząc nas do Stanów Zjednoczonych i szefów firmy produkującej ICD…

Obok profili głównych bohaterów i ich życia codziennego, rozterek i problemów, autorzy chcą zwrócić naszą uwagę na pełniejszy obraz, przedstawiający międzynarodowe korporacje, które zarabiają miliony tak naprawdę na chorobach ludzi. W jakim stopniu robią to z chęci niesienia pomocy, a w jakim z punktu czysto ekonomicznego? Na to pytanie poniekąd odpowiedź znajdziemy w treści książki. Nic tutaj nie jest czarno-białe, a ludzie to nie tłum osób, a indywidualności.

I właśnie to główni bohaterowie wysuwają się na pierwszy plan. Ich kreacja jest szczegółowa, a to, w jaki sposób zachowują się w chwilach stresu wiarygodne. Sara Zuckerman i Ola Farmen to zgrany duet, który szybko zdobywa sympatię czytelnika. Szczególnie ten drugi to mężczyzna, który musi dzielić czas między pracą a liczną rodziną. Jego niezdarność idzie w parze z inteligencją i bez niego pani kardiochirurg nie dałaby sobie rady w obliczu problemu.

Napięcie w książce Holtów wzrasta stopniowo. Co jakiś czas pojawiające się retrospekcje mnożą pytania i stają się jasne dopiero w późniejszym stadium lektury. To oraz przeskakiwanie między postaciami pozwala dostrzec rozwiązanie szybciej niż główna bohaterka co jest chyba największym minusem książki. Chociaż autorzy starali się jak mogli, nie udało im się zostawić czytelnikowi miejsca na domysły. Wiedząc już „kto”, do końca książki odkrywamy jedynie „dlaczego”.

Niekwestionowanym królem thrillera medycznego jest Robin Cook i chociaż wielu zamierzało nikomu nie udało się go strącić z tronu. Także próba Holtów według mnie zakończyła się porażką. Zabrakło warsztatu i obycia z tematem, a konstrukcji fabuły można mieć wiele do zarzucenia. Z ostrożnością sięgnę po następną próbę. Chociaż praktyka czyni mistrza, Anne Holt powinna zostać przy starych, sprawdzonych środkach.

Książka została przekazana od serwisu kobieta20.pl za co serdecznie dziękuję. 
 Link do recenzji w serwisie: Kryminał z medycyną w tle

wtorek, 8 maja 2012

#77 Nowa Fantastyka 05/2012 - omówienie

Majowy numer Nowej Fantastyki rozpoczyna smutne podsumowanie sytuacji na rynku magazynów fantastycznych autorstwa Jakuba Winiarskiego. Wydawany przez Prószyński i S-ka miesięcznik pozostał sam na placu boju, gdyż dwa inne ("Science Fiction, Fabtasy i Horror" oraz "Fantasy & Science Fiction"), nad którymi pieczę sprawowały odpowiednio wydawnictwa Fabryka Słów i Powergraph, zakończyły bądź zawiesiły działalność. Smutek z tego powodu jest zrozumiały. Wydaje się, jakby kończyła się pewna era...

Do tego wrażenia odnosi się także Jerzy Rzymowski, który pisze o poszukiwaniach złotego środka, który pogodzi starych wyjadaczy fantastyki i tych, wśród których się ona zaczyna rozpowszechniać. Prezentuje także parę fantastycznych zapowiedzi, z których najciekawsze to "Zaginione wrota" Orsona Scotta Carda oraz film "Avengers 3D". Tego ostatniego dotyczy artykuł Michała Chudolińskiego "Kto jest kim pośród mścicieli?", czyli takie "who is who", które na pewno okaże się przydatne tym, którzy zdecydują się pójść do kina. Ktoś poza mną odlicza dni do premiery? :)

Tematem okładki (z którą ma jednak niewiele wspólnego) jest "Gabinet osobliwości Tima Burtona", czyli przegląd jego filmów, autorstwa Jerzego Rzymowskiego. Dla mnie dzieła tego reżysera zawsze były interesujące, a za talent do mrocznych, gotyckich ekranizacji należą mu się brawa. Artykuł przybliża nam sylwetkę oraz dzieła Burtona, zarówno te sławne, jak i mniej znane, a nawet takie, które jednak nie powstały. Wyśmienita lektura i filmowa inspiracja dla wszystkich, którym przypadły do gustu takie hity jak "Edward Nożycoręki", "Alicja w krainie czarów", "Powrót Batmana" i wiele innych.

Fani "Gry o tron", którzy mieli swoistą ucztę w poprzednim numerze, także tym się nie zawiodą. Wywiad z Nikolajem Coster-Waldauem przybliża nam postać aktora i serialowego Lannistera. Jest to jedna z dwóch rozmów spisanych w majowej Nowej Fantastyce - druga jest z autorką niedawno wydanej przez Prószyński i S-ka książki "Uczta dusz" - Celią S. Friedman. Ciekawe, że do tej pory specjalizowała się ona w science-fiction, aczkolwiek i w fantasy radzi sobie bardzo dobrze. Ostatnim artykułem z numeru, który został mi do prezentacji to "Rok 2000 z lamusa, czyli XIX-wieczne marzenia" autorstwa Agnieszki Haskiej i Jerzego Stachowicza. Do tej pory teksty z serii mnie nudziły i raczej nie wczytywałam się w nie długo. Tym razem jest to bardzo interesujące przedstawienie obrazów przyszłości, które wymyślali sobie niegdysiejsi pisarze.

Przejdźmy do sedna każdego numeru, czyli opowiadań. W porównaniu do "klęski urodzaju", która nastąpiła w kwietniu (czyli wielu tekstów zazwyczaj miernej jakości), tym razem mamy tylko trzy. Ale za to jakie - i w treści, i w objętości. Tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno fan fantasy, horroru, jak i science-fiction.

"Po drugiej stronie oka" Jacka Wróbla to przedstawiciel gatunku grozy. Przywodzący na myśl grę "Baldur's Gate", do której zresztą bezpośrednio nawiązuje. Ten tekst jest pełen trafnych spostrzeżeń, przedstawionych w formie, która jednocześnie straszy, jak i rozbawia, ale i skłania do namysłu, czy i każdy z nas czasem nie ma takiej "drugiej strony oka"...

"Sąd Ostateczny: Ucieczka" Krzysztofa Kochańskiego przedstawia nam koniec świata, w którym śmierć przynoszą Anioły z nieba oplatające Ziemię siecią sześciokątów foremnych. Śledzimy paniczną ucieczkę pary kosmonautów, którzy chcą uniknąć palca Boga, a jednocześnie zastanawiamy się, co sprowadziło tę apokalipsę i gdzie, do jasnej Anielki, chowały się tak ogromne skrzydlate monstra?! Chociaż pewne rzeczy nie do końca mi się wydawały logiczne (jak na przykład to, że przecież ci, którzy jeszcze przeżyli mogli przejść na tereny innych heksagonów), to czyta się dobrze i z wypiekami na twarzy.

Ostatnim opowiadaniem i zarazem jedynym z prozy zagranicznej są "Kwiaty Minli" Alastaira Reynoldsa. To nazwisko znane jest chyba wszystkim fanom fantastyki naukowej i zapewne także ten tekst przypadnie im do gusty. Statek Merlina wypada z Waynetu (szybka "autostrada" międzygwiezdna) i jest zmuszony lądować awaryjnie na planecie Lecythus. Spotyka na niej ludzi mieszkających na lądach wśród chmur, walczących z tymi na dole. Ich przetrwanie jednakże zależy od tego, czy zdążą uciec przed nieuchronną kolizją z kawałkiem Waynetu. Aby to umożliwić, Merlin daje im wiedzą potrzebną do wzlecenia do gwiazd i chcąc nie chcąc, zostaje na planecie, budząc się z hibernacyjnego snu co parę dziesięcioleci. Przemiana znanych mu ludzi oraz ogółu społeczeństwa każe mu się zastanowić nad słusznością decyzji sprzed lat. Reynolds sugeruje nam, że ludzie dążą do samounicestwienia, a nawet najszlachetniejsze pobudki nie są w stanie zmienić ludzkiej natury. Smutne, lecz prawdziwe i warte przeczytania.

Na koniec, o felietonach. Jakub Ćwiek w "Tupocie Białego orła" opowiada nam o patosie bohaterów i o tym, dlaczego Polacy jeszcze długo nie będą mieli swojego "Supermana". Michael J. Sullivan w kolejnym odcinku rad dla początkujących pisarzy mówi o "Tempie", w jaki sposób go różnicować i jak ma się rozkładać przez całą powieść. Rafał Kosik z kolei zastanawia się "Czy SF jest jeszcze potrzebne?". Dla mnie odpowiedź jest oczywista i nie sądzę, żeby pisarz miał rację. Odrobiny optymizmu! Peter Watts jak zwykle nie szczędzi sobie (i innym, ale głównie sobie) krytycyzmu dotyczącego pseudobełkotu w książkach pisarzy-naukowców. Przedstawia nam różne spojrzenia na tzw. "hard SF", które jest hard tylko dla niektórych. Na koniec Łukasz Orbitowski w "Rzeczy o nawiedzeniu" recenzuje nam film "Triangle". Aż ma się ochotę to zobaczyć.

Poza tym jak zwykle dużo recenzji i atrakcyjne konkursy. W jednym z nich do wygrania "Księżyc Prawdopodobieństwa" Nancy Kress (moja recenzja tutaj). Jednym słowem, polecam.

Za miesięcznik dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...